Wśród tegorocznych mikołajkowych prezentów znalazłam Miód do ciała firmy Bielenda. Pod tą poetycką nazwą kryje się treściwy balsam o apetycznej, brzoskwiniowej barwie i budyniowej konsystencji. Producent zamkną go w zakręcanym opakowaniu, przywodzącym na myśl masła do ciała.
Wypróbowałam ten kosmetyk na własnej skórze. Przekonałam się, że dobrze się wchłania, pozostawia skórę na długo gładką i nawilżoną. W dłuższym okresie czasu okazało się jednak, że ten balsam zbytnio natłuszcza, moją i tak skłonną do przetłuszczania się skórę. Rzeczywiście na opakowaniu jest napisane, że powstał z myślą o cerze suchej i szorstkiej.
Miód nie stał jednak bezczynnie na łazienkowej półce. Wkrótce wygląd opakowania przyciągną uwagę mojego mężczyzny. Do gustu przypadło mu zarówno działanie balsamu jak i jego korzenny zapach. Balsam przyniósł widoczną ulgę jego przesuszonej skórze, która domagała się regeneracji.
Polecam ten produkt Paniom i Panom, którzy walczą z suchą, skłonną do pierzchnięcia skorą i chcą w szybkim tempie przywrócić ją do formy a przy okazji nadać jej ładny koloryt.
Cena:20 zł.
Zalety:
Budyniowa, treściwa konsystencja
Piękny, korzenny zapach
Przynosi ulgę przesuszonej, spierzchniętej skórze
Wydajny
Dobrze się wchłania
Wady:
Myślę, że skład powinien być trochę staranniej dobrany, żeby kosmetyk w pełni zasłużył na miano bioorganiczny ale firma Bielenda idzie w dobrym kierunku.
Większość informacji o kosmetyku znajduje się na tekturowej konstrukcji, która zwykle odłącza się od słoika już w drogerii, gdyż jest podatna na rozdarcie.