Błyszczyka Scott Barnes właściwie nie kupowałam, a dostałam w prezencie przy zamawianiu innych kosmetyków z StrawberryNet. Nie spodziewałam się po nim zbyt wiele, skoro dodawali go gratis, dlatego też pozytywnie mnie zaskoczył.
Błyszczyk zamknięty jest w niedużym opakowaniu (4,5ml), które niestety nie robi dobrego pierwszego wrażenia. Plastikowe, z dość brzydką zakrętką, na pewno nie zwróciło by mojej uwagi. Ale do rzeczy - odcień, który wybrałam nazywa się Scarlet Starlet. Mimo licznych prób, zamieszczone przeze mnie zdjęcia nie do końca oddają rzeczywisty kolor błyszczyka, czyli intensywną, ciemną czerwień, idealną na wieczór. Błyszczyk nakłada się wygodnie za pomocą załączonego pędzelka, który jest jednym z lepszych, jakich używałam. Sam kosmetyk natomiast jest bardzo wydajny, już niewielka jego ilość zapewnia dobre krycie. Nieco gorzej jest z trwałością, ale wklepanie w usta odrobiny pokładu przed nałożeniem błyszczyka rozwiązuje sprawę. Początkowo miałam obawy przed tym, jak będę wyglądała, kiedy błyszczyk zacznie się ścierać i oczyma wyobraźni widziałam siebie z czerwonymi obwódkami wokół ust. Na szczęście nic takiego się nie stało, kosmetyk "zjada się" dość równomiernie i nie rozmazuje się. Jedyną jego wadą w moim odczuciu jest fakt, że daje wrażenie nieco lepkich ust, przez co nie czuję się z nim całkiem naturalnie, zwłaszcza zaraz po nałożeniu.
Podsumowując- nie spodziewając się tego znalazłam błyszczyk wydajny, o pięknym, intensywnym kolorze, niezłej trwałości i w rozsądnej cenie. Szkoda tylko, że nie można go kupić w polskich drogeriach, a na Truskawie dostępnych jest zaledwie kilka odcieni.