Szminki to jeden z moich fetyszy: choć lubię odświeżające i niepretensjonalne błyszczyki i niezobowiązujące, koloryzujące balsamy do ust, to jednak potrzeba prawdziwego kolorem ust umalowania jest mi najbliższa. Choć mam uwagi do paru produktów MACa, to przyznaję, że ich pomadki należą do moich ulubionych.
Seria podstawowa Lipstick występuje w siedmiu wydaniach: najbardziej treściwa i trwała spośród nich wydaje mi się wersja 'matte' - to szminki w głębokich kolorach, gęste, niemal tępe w rozprowadzaniu, z bardzo wysoką ilością pigmentów. Efekt jaki mają dawać jest wprawdzie nazywany matowym, ale moim zdaniem od użytkowniczki zależy (od ilości warstw i rodzaju użytych akcesoriów) jak będzie wyglądała ostateczna wersja makijażu ust.
Do rzeczy zatem: najpierw - opakowanie. Tradycyjne, obłe w kształcie czarne tworzywo - obie części pomadki dobrze i lekko się zamykają, nie ma niebezpieczeństwa uszkodzenia przy tym sztyftu. Bez zadrapań nawet pod długim użytkowaniu - za opakowanie plus.
Sztyft pomadki jest lekko ścięty pod kątem, ma kształt łezki. 'Łezka' jest dość mała, łatwo można zatem manewrować powierzchnią 'malującą' w sytuacjach awaryjnych, gdy nie używamy pędzelków. Masa jest twarda, ale nie łamie się nawet naruszona.
Konsystencja pomadki jest bardzo zwarta, będzie podobała się zwłaszcza tym kobietom, które nie lubią tłustej powłoki, klejenia się i nadmiernego poślizgu. Trudno ją 'zjeść', trudno naruszyć, nie przemieszcza się, nie brudzi zębów.
Nakładanie tego kosmetyku według mnie jednak nie należy do łatwych - odradzałabym tę akurat szminkę osobom bez praktyki lub przynajmniej cierpliwości do ćwiczeń. Do praktykowania jej nakładania jednak szczerze zachęcam: efekt jaki uzyskamy jest bowiem warty przećwiczenia tych kilku ruchów i chwili koncentracji. Mówiąc wprost - w mojej opinii przewyższa wszystkie osiągane przy użyciu innych postaci pomadek jakich używałam (zwłaszcza dotyczy to czerwieni i ciemnych odcieni). Maluję nią zatem usta najczęściej przy pomocy pędzelka. Pod pomadkę zawsze kładłam bazę, gdy czekało mnie większe wyjście, na co dzień wystarczała konturówka, ale w przypadku Lipstick Matte baza wydaje mi się przesadą. Pomadka naprawdę mocno trzyma się ust i bazy nie potrzebuję ani po to, by ją utrwalić, ani by wzmocnić jej kolor - kolory tej serii są naprawdę głębokie, rzadkiej urody i przy tym wybitnie niepodatne na utlenianie. Kredka pomoże jednak uzyskać właściwy kontur.
Kolorystyka tych pomadek jest niezwykła, szeroka gama odcieni pozwoli wybrać właściwą, nową, inną, niespotykaną. Od kobaltowej czerwieni, którą lubi Dita von Tesse (Red Russian), po różo-beż Moniki Olejnik (Brave). Wasza recenzentka upodobała sobie zaś, z wrodzoną skromnością, odcień Diva - tak krwistej purpury, całkowicie noszalnej i w wydaniu biznesowym, jak i operowym oczko Misi_Rysi bowiem nie widziało. Teraz widuje;) - co i innym poddaje pod rozwagę.