Nowy użytkownik? Załóż konto

Metro 2033 THQ

Dodaj do listy chcę.to! Napisz recenzję Komentuj!
Metro 2033"Gdy atomowa zagłada to za
mało..."

Ilość obejrzeń recenzji: 2815

Ocena recenzji: 100 % (1 głosów)

 

Pamiętam, że już od dziecka pociągały mnie klimaty s-f w miejsce fantasy. Jakoś tak zawsze mutanty wydawały mi się ciekawsze od orków, egzoszkielety przedkładałem nad zbroje płytowe i bardziej przemawiała do mnie moc obalająca karabinów plazmowych niż naciągane efekty zaklęć magicznych… Zapewne dlatego od dłuższego już czasu odczuwałem pewną egzystencjalną niemal tęsknotę za odrobiną science-fiction w moim ulubionym gatunku gier, jakim są pierwszoosobowe strzelanki. Ileż można bawić się w wojnę albo policjantów i złodziei? Tym więc chętniej zainteresowałem się pewną wydaną ostatnio grą – zwłaszcza, że mającą sporo wspólnego z bardzo dobrym S.T.A.L.K.E.R.-em (i to nie tylko dzięki pewnemu wymownemu nawiązaniu do twórczości braci Strugackich w czasie rozgrywki).


Na początek może nietypowo zacznę od wymagań sprzętowych, gdyż o nie najczęściej pytają wszelcy potencjalni gracze mający w pamięci zalecany co najmniej procesor Core i7, 8 Gb Ramu i GeForce GTX 480 (najlepiej w SLI). Grałem na Core2 Quad Q6600 kręconym do 3 Ghz, 4 GB Ramu i nieco już podstarzałym GeForce GTS 250. Taka konfiguracja spokojnie wystarcza by komfortowo (czyli nie widząc mniej niż 30 klatek) grać w ustawieniach wysokich w 1280x1024 pod DirectX 9. Niestety (zapewne z uwagi na multiplatformowość produkcji) całe ustawienia graficzne sprowadzają się do wyboru jednego z czterech predefiniowanych trybów i ustawienia rozdzielczości ekranu oraz włączenia (lub nie) zaawansowanego Phys-X – jeśli oczywiście mamy na pokładzie odpowiednią kartę. Poza tym Metro wymaga Steama, więc jeśli ktoś chciałby grę potem odsprzedać, musi się liczyć z utratą całego konta. A co więc otrzymujemy godząc się na takie utrudnienia? Hmmm… Powiedzmy, że nawet (nie)sławny Crysis nie wprowadzał mnie w taki zachwyt, jak miało to miejsce w przypadku tej gry. Doskonała sugestywna grafika naprawdę znakomicie ułatwia totalną immersję w świat przedstawiony – co swoją drogą jest sporym kamyczkiem do ogródka osób twierdzących że grafika się nie liczy a tylko i wyłącznie sama grywalność (Jaaasne – a Jessicę Biel wszyscy podziwiają za charakter). Nie będę wchodził w szczegóły (od czego mamy w końcu Youtube?) – ale niech wystarczy powiedzieć, że już od bardzo dawna żadna gra nie sprawiła że wpatrywałem się w monitor nie mogąc uwierzyć, ze już nadeszła ta chwila w której gry zaczynają ocierać się o prawdziwy - a nie marketingowy - fotorealizm.


Ale może zacznijmy od początku. Metro 2033 jest grą opartą na kanwie powieści Dimitrija Głuchowskiego pod tym samym tytułem. Śledzimy w niej historię młodego chłopaka Artema, który niemal całe życie spędził w podmoskiewskim metrze chroniąc się tam przed postnuklearną rzeczywistością na powierzchni i jej zabójczymi skutkami – tak jak i czterdzieści tysięcy jemu podobnych ludzi. Książka – przyznam – wywarła na mnie niezatarte wrażenie i naprawdę polecam jej lekturę zanim siądziemy do gry – tu niestety bowiem uwidacznia się jeden z kilku pomniejszych problemów tej produkcji – a mianowicie niejasna dla laika fabuła. Nie znając literackiego pierwowzoru trudno jest zrozumieć nawiedzające naszego bohatera wizje a i sam finał staje się zupełnie niezrozumiały, a nawet mówiąc dosadnie - trywialny. Nie wiem, czy takie było założenie twórców, żeby przy okazji premiery gry zwiększyć także sprzedaż książki – ale dość powiedzieć, że w przypadku wspomnianego już na wstępie S.T.A.L.K.E.R.-a lektura „Pikniku na skraju drogi” wcale nie była konieczna. Trzeba tu jednak oddać braciom ze wschodu uczciwość i jasno zaznaczyć, że gra dość wiernie podąża tropem powieści i doskonale oddaje jej klimat. A ten jest - trzeba przyznać - bardzo gęsty. Wszyscy, którzy pamiętają sławetne laboratoria z serii X ze S.T.A.L.K.E.R.-a, poczują się jak u siebie w domu  - a w zasadzie mrocznej, klaustrofobicznej piwnicy zamieszkałej przez coś troszkę jednak groźniejszego niż pająki i szczury ;-) W czasie rozgrywki przychodzi nam zwiedzać zarówno podziemne kompleksy wojskowe z bardzo specyficznymi mieszkańcami (choć nie jestem pewien czy liczba mnoga jest tu odpowiednia – kto kojarzy Mistrza z pierwszego Fallouta będzie wiedział, o czym mówię), znajdujące się na powierzchni zdewastowane budynki pogrążone w objęciach nuklearnej zimy w których rezydują owe wspomniane wyżej „skutki” wojny atomowej a także nieliczne ostoje cywilizacji na stacjach metra, w których przyjdzie nam nieco ochłonąć i nabrać sił przed kolejnymi wyprawami w wyjątkowo nieprzyjazne zakamarki rosyjskiej stolicy.

Sama rozgrywka jest – w odróżnieniu od sandboxowej czarnobylskiej trylogii – całkowicie liniowa i upstrzona skryptami a nawet średnio przeze mnie lubianymi Quick Time Events. Na całe szczęście nie jest to zrobione w tak kretyński sposób, jak w ostatnich odsłonach serii Call Of Duty czy w Battlefield Bad Company 2. Mimo, że nie mamy większego wyboru co do ścieżki jaką kroczymy, to jednak wciąż możemy robić to tak jak nam wygodnie. Mamy ochotę na rozróbę – to przechodzimy dany etap siejąc ołowiem na około i uzupełniając go fontannami  piany z ust w prawdziwym szale bojowym, którego nie powstydziłby się sam Kratos. Jesteśmy cudownym dzieckiem Garretta i Sama Fishera – to czaimy się po kątach gasząc źródła światła celnymi strzałami, od czasu do czasu dziubiąc nierozgarniętych strażników nożykiem w zadek. Mimo więc liniowości rozgrywki nie jesteśmy zmuszani do ścisłego odgrywania misji według widzimisię scenarzystów – co właśnie niezwykle skutecznie doprowadzało mnie do (de)nerwicy we wspomnianych wyżej wojennych „szczelaneczkach”. Kolejną rzeczą odróżniającą nieco Metro od mainstreamu jest system handlu – otóż w kilku miejscach będących po prostu skupiskami nie nastawionych do nas wrogo mieszkańców, możemy za pomocą osobliwej (ale jakże pragmatycznej) waluty – naboi do karabinu AK, zakupić niezbędne nam oprzyrządowanie. Daje to właściwie całkowicie wolną rękę w doborze broni i sposobu prowadzenia walki. Możemy przykładowo strzelać z różnych samopałów, których nie powstydziłby McGyver, oszczędzając w ten sposób prawdziwą amunicję na zakup jakichś innych zabawek – jednak wtedy walka z mutantami (bo one raczej nie korzystają z osłon i bezceremonialnie atakują z przyłożenia) staje się z uwagi na niską skuteczność tychże wynalazków bardzo trudna. Równie dobrze możemy także używać wykonanych już po nuklearnym holokauście pocisków w zestawieniu z „prawdziwą” sowiecką bronią pokroju nieśmiertelnych kałachów wszelkiej maści, shotgunów czy dość zastanawiających w Moskwie rewolwerów Magnum. Jeśli zaś jesteśmy bezkompromisowi niczym Chuck Norris na kacu – możemy po prostu załadować naszego kabeka-A-K-a walutą i wspaniałomyślnie dzielić się nią z naszymi przeciwnikami, którzy to wprost uwielbiają natychmiast padając na ziemię w zachwycie. Tu jednak znów coś twórcom „jakby się poślizgło”, albowiem tak naprawdę wszystkie fajne giwery dostajemy za darmo lub znajdujemy przy ciałach podobnych nam kozaków którzy nie mieli jednak tej cudownej zdolności robienia sejwów, a jedyne co warto kupić (bo w żaden inny sposób zdobyć się tego nie da), to kombinezony – jeden zaprojektowany do skradania, drugi do walki (choć nie dam sobie głowy uciąć czy zakładając oba zyskujemy wszystkie korzyści), co kosztować nas będzie jakieś dwieście kulek. Praktycznie tylko ten jeden zakup jest naprawdę opłacalny w czasie całej gry, co stawia pod znakiem zapytania sens całej tej podziemnej ekonomii.


Sama walka – pomijając rzecz jasna tłuczenie mutantów – jest dość taktyczna. Gdy przychodzi walczyć nam z ludźmi (a to oni właśnie są największą plagą metra), musimy cały czas pamiętać że nie są oni klonami radośnie respawnującymi się nam przed nosem zanim nie wdepniemy w jakiś wyłączający je trigger a przeciwnikami (chciałoby się powiedzieć) z krwi i kości aktywnie starającymi się ochronić swoje cztery litery przed naszymi niecnymi zamiarami (jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało ;-) Wymiana ognia na otwartej przestrzeni, nawet na zwykłym poziomie trudności jest z reguły przejawem wirtualnych myśli samobójczych – tym bardziej, że jak już wcześniej wspomniałem – moc obalająca domowej roboty amunicji/broni jest delikatnie mówiąc rozczarowująca. Dodatkowo sama obsługa broni, jej odrzut i (nie)celność przywodzą nieodparcie na myśl podstawowe niestuningowane pukawki z Zewu Prypeci – co de facto w obliczu upadku cywilizacji technicznej której są wytworem, nie powinno zanadto dziwić. Jest to naprawdę odświeżająca odmiana po dziesiątkach podobnych do siebie gier akcji, w których strzelanie w biegu serią niemal dokładnie w punkt jest smutnym standardem.

W ostatecznym rozrachunku jestem skłonny ocenić Metro 2033 bardzo wysoko – w zasadzie na równi z produkcjami pokroju Bioshocka czy cały czas przytaczanego S.T.A.L.K.E.R.-a. Niestety na przeszkodzie staje mi dość krótki czas potrzebny na przejście gry – mnie zajęło to zaledwie około dziewięciu godzin, a i tak nie spieszyłem się zanadto z przechodzeniem etapów, sporo czasu spędzając na myszkowaniu i po prostu podziwianiu widoków. Również brak multiplayera i jednak mimo wszystko powtarzalność rozgrywki nie świadczą dobrze o tym tytule. Jednakże… przyznam wam się do jednej wstydliwej rzeczy, za którą jestem skłonny przymknąć oko na powyższe zarzuty. Przygoda z książką i grą, świat wykreowany i przedstawiony oraz możliwość niemal namacalnego uczestniczenia w wydarzeniach sprawiły, że do dziś zdarza mi się śnić że budzę się w postnuklearnym świecie, w którym moje obecne życie to ledwo niewyraźne wspomnienie. Gdybym miałbym ocenić samą grę – dałbym jej 75%. Ale w połączeniu z książką dostajemy coś, co dla każdego miłośnika twardego science-fiction jest prawdziwą poezją. Tego zaś już obiektywnie oceniać się nie da.

 

Reasumując: jeśli lubisz tylko „se poszczelać”, to nie trać pieniędzy na tę grę –  pan Kotick zrobi z nich lepszy użytek. Ale gdy jesteś kimś, kto oczekuje doznania totalnego i całkowitej immersji – wówczas jedyne co możesz zrobić, to czym prędzej pognać do sklepu by zdać sobie sprawę, co do tej pory traciłeś.

 

 

 

Cena: 99 zł.

Zalety:

- klimat i fabuła wierna książce

- porażająca oprawa graficzna przy niezłej optymalizacji

- wymagająca walka

- sugestywność świata przedstawionego

Wady:

- długość (a może raczej: "krótkość")

- dość niezrozumiała fabuła dla osób nieznających książki

- wymaga Steam-a

Polecam ten produkt

Metro 2033

Minimalne wymagania sprzętowe:

  • Procesor: dwurdzeniowy (jakikolwiek Core 2 Duo lub lepszy);
  • Karta graficzna: kompatybilna z DX9, Shader Model 3 (GeForce 8800, GT220 lub lepsza);
  • RAM: 1 GB

Rekomendowane wymagania sprzętowe:

  • Procesor: jakikolwiek czterordzeniowy lub dwurdzeniowy taktowany zegarem 3,0+ GHz;
  • Karta graficzna: kompatybilna z DX10 (GeForce GTX 260 lub lepsza);
  • RAM: 2 GB

Maksymalne wymagania sprzętowe:

  • Procesor: Core i7;
  • Karta graficzna: kompatybilna z DX11 (GeForce GTX 480 lub 470;
  • RAM: tak dużo, jak to tylko możliwe, nawet ponad 8 GB;
  • Dysk twardy: szybkie HDD lub SSD

Błąd w opisie? Zgłoś to!

Komentuj!

Fotki produktu

  • Metro 2033
  • Metro 2033
  • Metro 2033

Ocena produktu

  • Ocena produktu:
Zapisywanie ...

Ocena recenzji: 100 %

oceń recenzję:

Nieprzydatna Pomocna

Podobne produkty

Inne recenzje tego produktu (0)