Po pół roku od światowej premiery, kiedy przyznano jej już nawet nagrody, Daisy od Marca Jacobsa zawitała w polskich perfumeriach jako nowość (woooha!). Niewiele co prawda spodziewałam się po perfumach w takim flakonie, ale na amerykańskich blogach przeczytałam kilka przychylnych recenzji i jednak byłam ciekawa, co też znajdę w tej buteleczce. Tu i ówdzie po polskiej premierze pojawiały się komentarze, że to zapach, którego się nie pamięta i jest żaden.
W sumie najlepiej ze wszystkiego brzmi opis nut zapachowych: dzika truskawka, liście fiołka, trochę wanilii, białe drzewa. Mix dość zagadkowy, ale co się czuje, kiedy ten mix znajdzie się na skórze?
Otóż, Miracle Lancome! Oczywiście oszpecone nadmiarem piżma i wanilii, ale jednak. Było miracle a pod spodem coś cieżko-słodkiego. Taki kwiatek do kożucha. Podsumowując, nie polecam. A nawet odradzam. Jeśli już ktoś szuka czegoś w tym guście, warto sięgnąć po stare sprawdzone Miracle. Będzie bardziej szlachetnie, czysto, i nie trzeba się będzie wstydzić flakonika z obciachową stokrotką.
więcej pisze na: http://flakonik.blox.pl/2008/06/Daisy-z-domu-Jacobs-Czy-my-sie-skads-znamy-1.html
Zalety:
Wady:
za dużo wanilii, za dużo piżma,w pomiedzaniu z truskawką i fiołkiem - słodziuchny mix.