W kelly Caleche Hermesa najpierw rzuca się w nos jakiś puder, coś jak stare klasyczne kremy naszych babć, puste kolorowe pudełeczka-skarby, zbierane w dzieciństwe. Potem czuć cytrusy, a na końcu... siano! Świeże siano. Mam babcię na kieleckiej wsi, umiem siano przewracać, stawiać kopki i ubijać na wozie, od czego potem przy kąpieli szczypie skóra. I wiem, co mówię - na skórze (ale dopiero na skórze), Kelly Caleche pachnie sianem. Ale jakim sianem! Świeżo wysuszonym, ledwie zwiezionym ze zdrowej łąki. na takim sianie to by się chciało...;)
Jedno jest pewne, zapach jest bardzo oryginalny, z gatunku skórzanych. Mnie kojarzy się z klasyką, elegancją, delikatnością, która nie przechodzi obojętnie.
To nie jest zapach dla mnie, ale życzę sobie jak najbardziej, zeby był koło mnie. Bo jest oryginalny. Miło się z nim obcuje, jak z dziełem sztuki.