Wikipedia podaje, że około 2/3 kotów jest podatnych na działanie kocimiętki, a wśród nich najbardziej wyczulone na działanie tej rośliny są koty w wieku rozrodczym.
Jako, że w moim domu mieszka stadko kotów, dziko drapiących kanapy, fotele i dywany, postanowiłam podejść do problemu w sposób naukowy i systematyczny. Po pierwsze zakupiłam dwa drapaki, które ustawiłam w strategicznych miejscach domu, dodatkowo kupiłam także coś, co do owych drapaków przekonać miało najoporniejsze osobniki - kocimiętkę.
Kocimiętka w spray'u firmy Trixie ma podobno wybitnie lubiany przez koty zapach, działający przywabiająco. Tak w każdym razie przeczytałam na stronie aukcji, niestety moje koty nie mogły tego przeczytać i jako niedouczone, pozostały obojętne na urok kocimiętkowego zapachu. Spryskane kocimiętką drapaki, choć zachęcają łagodnym splotem sizalowego sznurka, którym je obito, także zignorowano.
Naszła mnie smutna reflekcja, że cały ten majdan: drapaki, zabawki, kocimiętki itp, sprzedawany jest dla właścicieli (ha!) kotów, same koty mają to wybitnie na koniuszkach ogonów, moje stadko nadal bawi się kawałkiem sznurka, zakrętką od butelki, a pazurki ostrzy o dywan; tyle dobrego, że przynajmniej zaakceptowały zrobiony przeze mnie drapak zastępczy - kawałek deski okręconej grubą tekturą. Ten sposób serdecznie polecam innym współcierpiącym na posiadanie kotów.
Kocimiętkę chyba zaś przyjemnie chodować w ogródku, przynajmniej pszczoły będą miały co robić, a i my możemy później ususzyć łodyżki i podjąć kolejną heroiczną próbę odwrócenia kociej uwagi od mebli.